Spotykamy się przy okazji premiery najnowszej książki Stuarta Gibbsa “Szkoła Szpiegów na nartach”, która jest częścią wciągającej serii, opowiadającej o przygodach młodych ludzi, którzy ucząc się w Akademii Szpiegów CIA, mierzą się z wieloma niebezpieczeństwami i wyzwaniami. Tym razem autor zabiera nas w zimowe klimaty, a młodych adeptów szkoły szpiegowskiej wysyła na narty. To, co sprawia, że nie możemy oderwać się od tej historii to zapewne wartka akcja, ciekawe postaci, ale także talent i umiejętności ludzi, dzięki którym możemy poznać świat stworzony z wyobraźni Stuarta Gibbsa. Ze względu na ten istotny element, gościem mojej rozmowy jest Jarek Westermark - tłumacz polskiego przekładu oraz Mateusz Grydlik - lektor, którego głos usłyszymy, jeśli zdecydujemy się na wybranie książki w formie audiooboka. Ostatni z trójki wspaniałych, tworzących polskie wydanie serii, to Mariusz Andryszczyk - którego twórczość towarzyszyć nam będzie w postaci ilustracji.
Mateusz Grydlik: Jestem ojcem dwojga fantastycznych dzieciaków, którym z wielkim zapałem przeczytałem całą serię o Harrym Potterze, Królu Unauwenie, Mikołajku. Gdy dostałem propozycję czytania Szkoły szpiegów, zgodziłem się natychmiast. Uwielbiam czytać dla młodych. Czasem nawet dostaję uwagę w studiu: Mateusz – czytasz teraz kryminał, nie dla dzieci. Szkoła szpiegów wciągnęła mnie od samego początku. To, jak jest utkana akcja, ale i dowcip i to, jak są pokazane wszystkie postacie. Po każdej skończonej części wychodzę z ogromnym niedosytem: O… to już koniec?
Jarek Wastermark: Od zawsze uważam, że literatura młodzieżowa jest bardzo istotna, bo dociera do czytelników i czytelniczek w kluczowym momencie. Raz, że kształtuje pozytywne nawyki, a dwa, że po prostu pokazuje, jak fajną przygodą może być czytanie. Jak wiele może dawać radości. I dlatego właśnie wielką radość poczułem, kiedy okazało się, że mogę zacząć tłumaczyć tę serię – mogę przyłożyć rękę do naprawdę fantastycznego projektu.
JW: Ja najbardziej lubiłem już wtedy tematykę science fiction, fantasy. Fabułę mojego ukochanego „Czarnoksiężnika z archipelagu” Ursuli K. Le Guin najpierw tata opowiadał mi, kiedy odwoził mnie do przedszkola, potem na zmianę z mamą czytali mi tę książkę na głos, a potem wreszcie sam się za nią zabrałem. Absolutnie zaczytany egzemplarz stoi teraz na honorowym miejscu w mojej biblioteczce. Ale poza magią lubiłem też karabiny laserowe i podróże w kosmosie spod znaku Philipa Dicka czy Harry’ego Harrisona. „Planeta śmierci” stoi zresztą obok „Czarnoksiężnika”. Trzeba będzie niedługo znowu do nich zajrzeć.
MG: Bardzo długo nie czytałem nic. Lektury zaliczałem z musu, a poszukiwanie własnych „preferencji czytelniczych” to była jakaś kara. I nagle pod koniec podstawówki zacząłem pochłaniać literaturę, ale już tę „dorosłą”. Najmocniej mi się wryły w pamięć dwa tytuły: „My dzieci z dworca Zoo” i „Paragraf 22”.
JW: No, aż tak dramatycznych to nie…
JW: Ale na pewno zwrotem akcji był moment, kiedy zostałem ojcem. Nagle zostałem zwerbowany do udziału w misji, do której nie przygotowałby nikogo nawet najbardziej rygorystyczny trening czy tor przeszkód. Teraz czekam, aż mój syn dorośnie do lektury Szkoły Szpiegów. Odliczanie trwa!
MG: U mnie takim momentem było dostanie się do Akademii Teatralnej. Dostałem się za pierwszym podejściem. Wkrótce jednak okazało się z jak wieloma słabościami muszę się mierzyć: znikomy słuch muzyczny, trudności z koncentracją, rozmaite spięcia i fałszywe przekonania. To był rzeczywiście mocny zwrot w moim życiu. Wiele przyjaźni się wtedy rozluźniło. Radykalnie zmieniły się też moje poglądy. Przed wstąpieniem do AT należałem do harcerstwa, konkretnie do ZHR. Już po pierwszym roku studiów nie mogłem się nadziwić, co ja w tamtej paramilitarnej organizacji robiłem.
MG: Ben jest w swej „nieidealności” po prostu genialny. Jest trochę jak każdy/da z nas w tamtym wieku. Ma rozmaite trudności, boi się, bywa niepewny, czasem zwyczajnie ratuje się ucieczką. Poza tym wszystko robi po raz pierwszy w życiu. A tym imponuje nie tylko dzieciakom, ale i dorosłym. Wiele rzeczy spada nam na głowę i musimy sobie z tym poradzić, chociaż nie jesteśmy architektami, mechanikami pojazdowymi, prawnikami… Super jest popatrzeć jak Avengersi ratują galaktykę. Ale fajnie też zobaczyć, jak ktoś, taki jak my, bohaterem się staje. To, co jest w nim absolutnie bezcenne i wspaniałe to szczerość wobec samego siebie.
JW: Ben w kluczowych momentach wykazuje się tym, co dla bohatera arcyważne – odwagą i sprytem. Przede wszystkim doskonale zdaje sobie sprawę, w czym jest dobry, a w czym idzie mu gorzej. Zna swoje silne i słabe strony. Świadomość tych ograniczeń wcale go nie przybija. Po prostu wie, na jakich szpiegowskich działaniach skupić całą uwagę, inne pozostawiając towarzyszkom i towarzyszom. Myślę, że wielu z nas dobrze zrobiłoby takie szczere spojrzenie, trzeźwa ocena własnych możliwości. I starszym i młodszym.
MG: Chciałbym błysnąć oryginalnością, ale przyznam szczerze: Ben. Ben ze swoim poczuciem humoru i tą szczerością wobec siebie jest w stu procentach moim typem.
JW: Moją ulubioną postacią jest Alexander Hale! Bo mimo pozornej niekompetencji ma w sobie jądro prawdziwego bohatera! Jądro sprawności!
JW: Próba wypracowania języka, który młodym czytelnikom i czytelniczkom nie wyda się ani sztywny, ani sztuczny. A przy tym zainteresuje również dorosłych i nie zdezaktualizuje się za kilka konkursów na młodzieżowe słowo roku. Wymaga to ogromnej czujności, bo mój niemal czterdziestoletni mózg z uporem podsuwa mi słowa typu „klawo”, które klawe wcale a wcale już nie są.
MG: Myślę, że tu skala wyzwań jest nie do porównania. Przekład z angielskiego na polski, tak by nie zepsuć dowcipu, nie wydłużyć akcji i nie spłaszczyć postaci to prawdziwe wyzwanie. Ja mam tylko delikatny kłopot z wymową imion i nazwisk. Zwykle idę w poprzek zalecanej. Np. imię Jawa należy wymawiać „dżała”. Dla mnie „dżawa” brzmi o wiele lepiej. Gdy oglądałem ekranizacje kolejnych części Harrego Pottera, uderzyło mnie, ile postaci zupełnie inaczej się nazywa: pani Hoch, jest nagle panią Hucz, pojawia się jakaś Szo szang, zaś po Ho-czang nie ma śladu.
MG: Nie chcę spoilować, ale jak Mike się nagle dosiada…
MG: No tego twistu nie przewidział chyba nikt. Nota bene Mike ma polsko brzmiące nazwisko i tu chyba warto lekko unieść kąciki ust nad tą lekko zaznaczoną obecnością Polaków w amerykańskiej powieści dla nastolatków również.
JW: Największe zaskoczenie przeżyłem, kiedy Erica przypięła narty i ruszyła po stoku…
JW: Ale nic więcej nie zdradzę. Żadnych spoilerów!
JW: Właśnie ten. Znamy już świat i postaci, więc pora wyruszyć na prawdziwą, oficjalną misję w stylu Jamesa Bonda (który jak nikt potrafił ścigać się z bandziorami po śniegu). Bardzo podoba mi się, że akcja toczy się właśnie w górskim kurorcie. No i Ben musi stawić czoło największemu jak dotąd wyzwaniu: ma zdobyć sympatię pewnej dziewczyny.
MG: Oj nie lubię takich pytań. Wszystkie części czytałem z taką samą radochą. Czuć, że autor lubi tych bohaterów i mnie się ta sympatia udziela
MG: Chyba już to powiedziałem: Ben, który siłą okoliczności z przeciętniaka staje się superbohaterem. Cały czas mi pobrzmiewa tu cytat z Szymborskiej: Zrodziliśmy się bez wprawy i pomrzemy bez rutyny. Ben nie miał czasu na przeczytanie podręczników, normalny tok nauki (nawet w szkole szpiegów). W każdej sytuacji musi kierować się intuicją, wyczuciem. A to nie jest przypisane tylko do okresu dorastania. Rodzicielstwo, leasing auta, kontakt z prawnikami – dla zwykłego człowieka, to nieraz jak marsz przez pole minowe.
JW: Myślę, że z jednej strony wartka akcja wszystkich powieści z serii, która zaczyna się już na pierwszych stronach i nie zwalnia ani na chwilę, a z drugiej fantastyczne postaci. Każdy czytelnik i czytelniczka może znaleźć wśród nich kogoś, z kim się utożsami. Sam Ben jest zresztą naprawdę świetny. Kibicowałem mu od samego początku!
JW: Narty, śnieg, stoki! Helikopter kontra granatnik! Gorąca czekolada przy kominku! Robi się niebezpieczniej niż kiedykolwiek!
MG: Często namawiam moje dzieci do różnych lektur: Rzadko mogę je przekonać. Szalenie się cieszę, że moja córka, częściowo za moją namową, sięgnęła po opowiadania Olgi Tokarczuk. Pozostałe próby i zachęty kończyły się porażką. Kiedy boomer coś zachwala, przeważnie to znaczy, że nie jest to godne uwagi. Gdy miałem 11-12 lat i ktoś mi polecał „świetną literaturę młodzieżową”, wiedziałem już, że po to na pewno nie sięgnę.
MG: Polecić? Zdecydowanie! Absolutnie tak. Dowcipne opisy, akcja, mocne dialogi wciągają od pierwszej kartki. Niektóre fragmenty są tak napisane, że nie mogłem dalej nagrywać: po prostu wyłem ze śmiechu. Ale znowu: to, co rajcuje nas, nie musi koniecznie porywać innych. Moje dzieci np. zasypiały w czasie „Ósmego pasażera Nostromo”, podobnie w czasie wieczornych lektur Tolkiena.
JW: No pewnie! Bo książki z tej serii właściwie same się czytają. Akcja wciąga, a potem nie ma już odwrotu.
MG: Wylądować polskim Caracalem w Centralnym Porcie Komunikacyjnym, wynająć elektryczne auto marki Izera i ugasić pożar płonących hałd węgla australijskiego. Generalnie: zaprośmy Bena do Polski i każmy mu poszukać związków przyczynowo-skutkowych. Mission Impossible.
JW: Ben powinien zająć się tajemniczą sprawą granatnika, który wystrzelił w biurze szefa polskiej policji. Czyżby maczał w tym łapy Pająk? A może ktoś tu dorównuje niekompetencją dyrektorowi Akademii Szpiegostwa? Wypadałoby dojść do sedna sprawy.
Jeśli zaciekawił Was wywiad - koniecznie sięgnijcie do źródła! Fascynująca akcja, pełna szpiegowskich zagadek czeka na Was w książkach Stuarta Gibbsa "Szkoła szpiegów" od Wydawnictwa Agora dla dzieci. Polecamy!